Opis:
Topos podwójnej inności i związanego z nim dwojakiego osaczenia w środowisku obu odmiennościom wrogim cieszy się w literaturze nieustającą, a nawet rosnącą popularnością najpóźniej od lat 50.-60. XX w. – lat ukazywania się przesyconych autobiografizmem powieści Jamesa Baldwina, Afroamerykanina-geja, sekowanego z powodu koloru skóry i orientacji seksualnej przez białych heteryków, a z powodu samej orientacji przez czarnych, zdawałoby się, braci, w swej maczo-ślepocie niechętnych gejom a niepomnym, że oba „uwikłania” mają wspólny mianownik i identyczne konsekwencje społeczne.
W biało-heteroseksualnej Ameryce nieswojo czuje się także trzynastoletni Hindus Kiran, bohater również autobiograficznego „Błękitnego chłopca” Rakesha Satyala, którego stopniowo uświadamiana i oswajana homoseksualność manifestuje się przede wszystkim skłonnością do przebierania się w ciuchy matki, nakładania makijażu przy użyciu podkradanych jej kosmetyków oraz publicznych wokalno-tanecznych występów w takim stroju na, o zgrozo, szkolnych konkursach młodych talentów. Wybryki te, nie do przyjęcia w trzymającej się hinduistycznych rytuałów imigranckiej gminie religijnej, smucą rodziców Kirana, ale ci przynajmniej go za to nie biją, lecz starają się zrozumieć niezwykłe dla nich zjawisko.
„Błękitny chłopiec” jest więc szczęściarzem w porównaniu z „Cygańskim chłopcem” – Mikeyem Walshem, gejem urodzonym w brytyjskim taborze. Jego dzieciństwo jest drogą przez mękę zgotowaną mu przez zwierzęco prymitywnego ojca, niemogącego się pogodzić z tym, że z niewytłumaczalnie delikatnego i fajtłapowatego pierworodnego nie jest w stanie zrobić krwiożerczego boksera, mistrza cygańskich rytualnych walk na pięści, w których brylował on sam, jego bracia, synowie braci i w ogóle od zarania dziejów wszyscy mężczyźni z klanu Walshów – tylko nie ten jeden, ta niewydarzona mała ciota, Mikey.
Tradycyjna cygańska obyczajowość jest ekstremalnie maczystowska i w swym stosunku do kobiet i gejów niewiele odbiega od obyczajowości islamskiej. Kobieta jest bezgranicznie podporządkowana mężczyźnie, konkretnie jedynemu, z jakim raz w życiu ma prawo się związać – mężowi, którego nie wolno jej opuścić, choćby ją katował ponad wszelkie wyobrażenie. Cyganie żywią pogardę do nie-Cyganów, czyli gadziów – tak brzmi polska nazwa cygańskiego odpowiednika islamskiego giaura bądź bliższego nam cepra, który jest synonimem „obcego” u koszernie katolickich i konserwatywnych górali podhalańskich. Na gadziach można, a nawet trzeba umiejętnie zarabiać, oszukując ich i okradając, ale nie wolno się hańbić utrzymywaniem z nimi kontaktów prywatnych. Gadziowie-pedały są oczywiście w podwójnej pogardzie. Gdyby pedałem okazał się Cygan, to w taborze nie ma dla niego miejsca. Powinien uciekać, bo wcześniej czy później może zostać zwyczajnie zabity. Niewykluczone, że przez własnego ojca. Jeśli Cygan-pedał zakocha się w gadziu-pedale i nie daj Boże z nim zwieje, los obu jest przesądzony – Cyganie nie spoczną, dopóki ich nie dopadną i nie zakatrupią.
Wszystko to wydarza się w życiu Mikeya, znaczonym niezliczonymi razami i kopniakami wymierzanymi przez ojca. Zważywszy, że tatuś zaczyna wdrażać synka do walk bokserskich już jako pięciolatka (!), a Mikey zdobywa się na ucieczkę z taboru w wieku lat piętnastu, mamy bite (i kopane!) dziesięć lat „Przesłuchania” Bugajskiego, tyle że w wersji very hardest i odbywającego się nie w lochach jakiejś esbeckiej „łubianki”, ale w przyczepie na cygańskim kempingu. Matka Mikeya, Betty, wprawdzie jakoś od początku matczynym sercem wyczuwa, co jest z jej synkiem „nie tak”, w cichości ducha akceptuje jego odmienność i zawsze rzuca się mu na ratunek, ale jedynym skutkiem są jej własne siniaki i rany. Starsza siostra Mikeya, Frankie, dziewczyna twarda i nieograniczająca swojej wolności cygańskimi przesądami, z początku także broni brata i niechętnie, zmuszana przez ojca, staje z nim do codziennej treningowej bitki, zawsze, ku furii tatusia, wygrywając. Niestety w miarę dorastania Frankie zasmakuje nie tylko w papierosach, marihuanie, wulgaryzmach, ale też w tradycyjnych cygańskich uprzedzeniach wobec pedałów i w jej stosunkach z bratem nastąpi kryzys. Mikey znajdzie zrozumienie i bezkrytyczną miłość u dwóch młodszych braci, a jeden z nich bez wahania zgodzi się być drużbą na jego ślubie z gejowskim partnerem, jednak gdy gehenna Mikeya jest już pełnym toku, starszy z chłopców jest dopiero niemowlakiem, a drugi jeszcze się nie urodził.
Osamotniony w swej przeklętej inności Mikey, za mały, by uciec do nieznanego sobie świata gadziów i samodzielnie w nim przetrwać, oprócz bezsilnej matki nie ma w taborze żadnego sprzymierzeńca. Przez chwilę wydaje mu się, że takim kimś może być stryjek Joseph, młodszy brat ojca. Stryjowska czułość nie jest jednak bezinteresowna – Joseph okazuje się homoseksualnym pedofilem, który natychmiast wyczuwa w kilkuletnim bratanku przyszłego geja, a pewien, że mały ze strachu przed ojcem na pewno się nie wygada, latami bezkarnie go gwałci na wszystkie możliwe sposoby i wszystkimi możliwymi częściami ciała, którymi może się do niego dobrać: wali konia pieszcząc jego chłopięcego siusiaka, każe chłopcu obciągać swojego kutasa, rucha go w odbyt i usta, spuszcza mu się do buzi. Podobnych praktyk dopuszcza się także w stosunku do innych cygańskich chłopców. Wszystko wychodzi na jaw dopiero po wielu latach, gdy Mikey żyje już szczęśliwie poza taborem. Dla jego ojca homopedofilia brata jest nie mniejszym szokiem niż gejostwo syna. Joseph zaczyna być w taborze prześladowany i bity, salwuje się ucieczką, kilka lat później umiera w samotności i zapomnieniu.
Na dziecięcą miłość Mikeya nie odpowie także Kenny, 26-letni bezdomny gadzio wynajmujący się do pracy u jego ojca. Gadziowski najemny robotnik to u Cyganów dossa, a jego los jest dużo mniej godny pozazdroszczenia niż los szabas-goja posługującego u bogatych Żydów. Dossa jest całkowicie uzależniony od pracodawcy, który może go bić i nawet bezkarnie zabić, jak mógł niemiecki bauer robotnika przywiezionego do pracy w gospodarstwie z krajów podbitych przez III Rzeszę. Dossa wolą jednak dach nad głową i miskę strawy u najokrutniejszego nawet cygańskiego pana niż żebraninę na ulicy. Kenny nie będąc Cyganem okazuje małemu Mikeyowi wiele serca. Chłopiec naiwnie się łudzi, że znalazł przyjaciela, i wyznaje Kenny’emu miłość, ten jednak – w końcu heteryk, których gdzieś tam zostawił żonę z synkiem – nie może odpowiedzieć chłopcu miłością, a zmuszony do opuszczenia taboru nawet nie spojrzy na biegnącego za samochodem Mikeya.
Nieustannie terroryzowany i bity przez ojca dzieciak zaczyna lać w spodnie i w łóżko. Przypadłość ta nie opuści go przez kilka kolejnych lat. Mimo starań, by na długo przed snem nic nie pić, ani jedna noc nie pozostaje sucha. Za każde zlanie się „mała ciota” jest oczywiście bita.
Jedynym miejscem, w którym Mikey zaznaje odrobiny spokoju od ojcowskich wrzasków i razów, od amorów stryja Josepha oraz kpin siostrzyczki i większości taborowej młodzieży, jest szkoła, do której Cyganie posyłają dzieci tylko pod administracyjnym przymusem lokalnych władz, nieregularnie i na jak najkrócej. Gadziowskie dzieci pogardzają zresztą cygańskimi, pedagogicznego obiektywizmu nie udaje się zachować nawet większości nauczycieli. Jedyną bezwarunkową przyjaciółką Mikeya jest pani Kerr, nauczycielka-Szkotka, obdarzająca go matczynym ciepłem i interesująca się jego sytuacją rodzinną – oczywiście dopóki tatuś nie zakaże synowi dalszego uczęszczania do szkoły. (Pamiętamy, że taką przyjaciółką „Błękitka” była nauczycielka-Żydówka, pani Goldberg). Mikey dopiero w dorosłym życiu uzupełni edukację, ukończy studium aktorskie i ostatecznie sam zostanie nauczycielem.
Jeśli naprawdę chcesz doprowadzić Cygana do furii i sprowokować prawdziwą bójkę – nazwij go gejem. W świecie gadziów to określenie używane jest często jako wyzwisko. Ale dla cygańskich mężczyzn, którzy chlubią się tym, że są stuprocentowymi macho, nie ma większej obelgi.
Przywykłem do obelg ze strony ojca, który aby wyrazić swoją pogardę, nazywał mnie pedziem lub ciotą. Wyśmiewał mnie, ubliżał i wyzywał od pedałów. Wyrzucał z siebie cały stek wulgarnych słów, jakie tylko istniały na określenie homoseksualistów. Zanim skończyłem dziesięć lat, Frankie również zaczęła mnie tak wyzywać. Słysząc, jak ze śmiechem wypowiada te słowa, czułem się tak, jakby ktoś wbijał mi nóż w serce. Wiedziałem, że między nami powstaje przepaść.
Pierwszy rozdźwięk pojawił się podczas głupiej sprzeczki o puszkę coca-coli. Nie zadowoliła jej obelga „ciota”. Śmiała się i nazwała mnie Josephem. I to wcale nie dlatego, że Joseph był gejem, bo o tym akurat nikt w rodzinie nie miał pojęcia. Frankie nazwała mnie Josephem, bo był wielkim, grubym, brzydkim, ponurym, samotnym facetem, który żuł surowy boczek. Dla każdego chłopca już sama groźba, że może być do niego podobny, była koszmarem. Frankie nie wiedziała również, że porównywała mnie do mężczyzny, który sprawił mi tak wiele cierpień. Rozwścieczony dźgnąłem ją ołówkiem w rękę. Potem wołała na mnie Joseph, ilekroć chciała mnie wkurzyć.
Nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy zrozumiałem, że naprawdę jestem gejem. W pewnym sensie, w głębi duszy musiałem to wiedzieć od zawsze. Oczywiście, broniłem się przed tym. Rozpaczliwie pragnąłem nie być kimś, kogo czeka totalne odrzucenie w świecie Cyganów. A jednak w wieku dojrzewania nie mogłem już dłużej okłamywać samego siebie. To nie miało żadnego związku z tym, co wyprawiał ze mną Joseph. Ale sama świadomość, że stryja również pociągali mężczyźni, sprawiała, że czułem się jeszcze bardziej przeklęty. Z każdym dniem coraz bardziej nienawidziłem siebie za to, że jestem wyrzutkiem wśród Cyganów. Wiedziałem też, że za wszelką cenę muszę ukrywać prawdę przed moją rodziną. Chociaż ojciec bezustannie ubliżał mi od ciot, gdyby dowiedział się, że jest to prawda, a nie tylko najgorsza z obelg, na jaką było go stać, wpadłby w szał i z całą pewnością by mnie zabił.
Dlatego trzymałem to w tajemnicy. Nienawidziłem samego siebie. Nienawidziłem tego, kim jestem. Tkwiłem w potwornej pułapce i byłem przerażony, co się stanie, jeśli mój sekret wyjdzie na jaw. Miałem dwanaście lat...
Chłopcu udaje się przetrwać aż do chwili, gdy pojawi się mająca widoki na powodzenie szansa ucieczki – za sprawą poznanego w przyjaznym Cyganom barze dla gadziów barmana Caleba, gadzia, który też okazuje się gejem i wiedziony „gaydarem” od pierwszego wejrzenia obdarza nietypowego Cygana miłością. Historia wykradzenia Mikeya przez Caleba z taboru, ów cygańsko-gadziowski mezalians, ucieczka chłopaków i pościg za nimi, dramatyczne wysiłki Caleba, by ukryć Mikeya przed mackami ojca, który zmobilizował Cyganów w całej Anglii do poszukiwania zbiegów – to najlepsze, trzymające w napięciu, sensacyjne wręcz partie książki. Zresztą cała opowieść, obezwładniająca naturalizmem i dojmującą prawdziwością, wciąga od pierwszego zdania i angażuje aż do ostatniej kropki, zmuszając czytelnika do pochłonięcia jej jednym kęsem, nawet za cenę nieprzespanej nocy.
Caleb niestety nie wytrzyma presji okoliczności, w jakich się znalazł wyrywając Cygana z jego naturalnego środowiska. Zmasakrowany przez wysłanników Walsha-seniora rejteruje z pola walki i trudno mu się dziwić. Mikey na szczęście ma dopiero poznać partnera życia, a stanie się to już po legalizacji w Wielkiej Brytanii małżeństw jednopłciowych. Książka kończy się happy endem – ślubem Mikeya i Dillana, z udziałem prawie całej najbliższej rodziny młodego Cygana! Czytelnicy-geje otrzymują w ten sposób przesłanie typu „niech żywi nie tracą nadziei”: jeśli Mikeyowi udało się nie zaprzeć swojej tożsamości i pokonać w drodze do osobistego szczęścia przeszkody tak potworne – i nie przestał ani na chwilę być Cyganem, nie odciął się od swoich kulturowych korzeni! – tym bardziej musi się to udać każdemu innemu gejowi nieznajdującemu oparcia w rodzinie lub własnej grupie etnicznej – wystarczy, że pozostanie wierny swojej naturze i będzie mocno pragnął żyć w zgodzie ze sobą. Spomiędzy wierszy wyziera nadzieja autora na to, że kiedyś wspólnoty romskie i inne kultury patriarchalne, zbudowane na bezwzględnej dominacji heteroseksualnego samca alfa, odrzucą rytualne przesądy i staną się gay friendly.
„Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”? Ależ są, a jak obecnie żyją, tego można się z nader ciekawymi szczegółami dowiedzieć z książki Mikeya Walsha (ze względu na komfort krewnych nadal żyjących w cygańskiej wspólnocie autor występuje pod imieniem i nazwiskiem nadanym sobie jako bohaterowi książki). Prawdziwe olśnienie dla tych, którzy swoją wiedzę o Cyganach opierają na przypadkowym kontakcie z uliczną wróżbitką, a w najlepszym razie na klasycznych, lecz siłą faktu nieobejmujących współczesnego status quo studiach Jerzego Ficowskiego (Cyganie polscy, 1953; Cyganie na polskich drogach, 1965; Cyganie w Polsce. Dzieje i obyczaje, 1989) i poezji odkrytej przez niego Papuszy.
Mikey Walsh, Cygański chłopiec (Gypsy Boy), tłum. Teresa Tomczyńska, Wydawnictwo Naukowe PWN SA, Warszawa 2011