0
Łącznie : 0,00 zł
Twój koszyk jest pusty!
aktualizuj

Moja les

E-mail
Cena:
17,00 zł
Cena / COM_VIRTUEMART_UNIT_SYMBOL_:
Numer artykułu: KS-47
W Magazynie
Array
Share:

Skąpana w deminutywach, z lekka infantylna erotyka przepikowana akcentami publicystycznymi, gdy autorka, chcąc przydać materiałowi powagi, sygnalizuje, czasem nie potrafiąc płynnie wtopić ich w narrację, od zawsze wałkowane w naszym środowisku kwestie społeczne oscylujące, generalnie, wokół różnych stopni i form wykluczenia oraz sposobów jego przezwyciężania. Ni to felieton, ni to erotyk, ni to list do redakcji o małych smuteczkach mieszkających nad brzegiem rzeczki.

Na podstawie zapowiedzi wydawniczej „pierwszej polskiej les story” wyobrażałem sobie lekką historię „do czytania”, może nawet harlequinowatą, co i dobrze, bo polskie les-sawantki w barwach Krytyk Politycznych, Sic!-ów, ha-art!-ów i innych wydawnictw z wykrzyknikiem w nazwie dostatecznie już nas umęczyły swoimi teoriami queer i innymi mądrościami na wiek XXI. Im z wiekiem chętniej czytuję dzieła wielkie i „fundamentalne”, tym bardziej doceniam rolę zwykłych książek dla zwykłych ludzi. Tekst Staniszewskiej niby jest takim swojskim blablaniem o typowych codziennych problemach polskich lesbijek usiłujących żyć w związku, razem mieszkać i (tu dodatkowo) razem wychowywać dzieci jednej z nich, owoc chybionego małżeństwa zakończonego rozwodem – a jednak, choć przez poznaniankę popełniona i w Poznaniu się dziejąca, nie wydaje mi się „Moja les” za bardzo „story” dającą się postawić na półce obok „Jeżycjady”.

Autorka postawiła sobie za cel zobrazować, „uruchomić fabularnie” (kocham to określenie, podłapane od jakiegoś krytyka) najważniejsze kwestie zaprzątające w ostatnich latach media LGBT i media mainstreamowe. Do tego zadania podeszła z taką powagą, że – mimo widocznych wysiłków formalnych, o których za chwilę – cała literackość posypała się jak bożonarodzeniowa choinka pod koniec stycznia, jeszcze bezwstydniej obnażając (powiem po poznańsku, w nawiązaniu do użytych przez autorkę „dynksa” i „ćmików”:) żałosny publicystyczny „ogigiel”, czyli zeschnięty (tj. sucho publicystyczny), pozbawiony literackiego igliwia szkielet drzewka, na którym jeszcze żałośniej wyglądają błyszczące bombki i łańcuchy pisarskich środków wyrazu.

Z tej rzekomej les-love story (mającej się ukazać trzy tygodnie po śmierci Ericha Segala) dowiemy się między innymi:

– o manifach;

 – o pikietach przed Sejmem, np. z powodu samobójstwa popełnionego przez czternastolatkę, która została zgwałcona przez kolegę;

– o drugiej i trzeciej fali feminizmu (Bóg, a raczej Baba Przedwieczna raczy wiedzieć, o co chodzi, bo bliższe wyjaśnienia nie padają);

– o tym, że Polska ma jedną z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych w Unii Europejskiej;

– o przemocy domowej, której ofiarami padają biedne kobiety bite przez mężów-alkoholików, i dopiero w ramionach lesbijek znajdują ukojenie i sens dalszego życia;

– o pamiętnym poznańskim Marszu Równości z 2005, rozpędzonym krwawo przez policyjną konnicę, oraz o Marszu z 2009, z udziałem wymienionego tu bez nazwiska księdza Węcławskiego-Polaka w stroju motocyklowym i z żoną widomie zaprzeczającą jego ewentualnemu członkostwu w ECMC;

– o wychowywaniu małych dzieci w atmosferze tolerancji dla różnorodności (scena tłumaczenia córeczce w wieku przedszkolnym, że lesbijka – nie „lesba”! – to żaden „zbokol”, jak mówią inne dzieci, tylko twoja osobista mamusia, dziecinko);

– o wołających o pomstę do nieba próbach niedopuszczenia pedałów do pracy z młodzieżą w charakterze nauczycieli;

– o znaku krzyczącej nierówności między pedałem a pedofilem; iżby zasię dydaktycznie to zilustrować, powołuje się postać nauczyciela hetero, wyrzuconego z pracy za molestowanie uczennicy;

– o tym, jak ważna jest dostępność zapłodnienia in vitro dla lesbijek; o poszukiwaniu dawcy przez Internet; o tym, dlaczego lepiej wybrać na dawcę geja, a nie heteryka etc.; wątek wieńczy scena zapłodnienia jednej partnerki przez drugą spermą z próbówki, po uprzednim doprowadzeniu biorczyni do orgazmu – scena, mimo nagromadzenia nieznośnych zdrobnień mających neutralizować dosadność, mało apetyczna przynajmniej dla czytelnika-geja;

– że lesbijki mogą być obiektami ataku ze strony dresów chcących sobie zaruchać, a dresi gdy odkryją, że laski nie chcą dawać facetom, tylko wolą się lizać ze sobą, z mety spuszczają wpierdol; dlatego lesbijki muszą być bardzo ostrożne chodząc np. po parku, zwłaszcza gdy jedna z nich jest w drogocennej ciąży będącej wynikiem sztucznego zapłodnienia spermą mozolnie wyszukanego dawcy;

– o tym, że nie należy się zamykać w homoseksualnym getcie;

– o tym, że homoseksualność wśród łabędzi, pingwinów nowojorskich i małp bonobo jest więcej niż rozpowszechniona, i płyną stąd istotne wnioski dla ludzkości;

– o kanonicznych dziełach LGBT, punktach triangulacyjnych na gejowsko-lesbijskiej mapie wrażliwości artystycznej („Inne spojrzenie”, „Tajemnica Brokeback Mountain”, Virginia Woolf, niewymienione z tytułu „Lubiewo” chwalone za język wspaniały, słuch genialny, frazę wspaniałą i poczucie humoru wyborne; „Seksmisja” antykobieca i zabawna);

– o realistycznym dildo, cyberskóra z uprzężą, któremu autorka nadaje gramatyczną męskość, by przez nią sugestywniej pokazać penisa jako symbol patriarchatu, zniewolenia kobiet (nie pierwszy to przypadek naginania norm języka do feministycznych potrzeb semantycznych);

– o tym, że dojrzewające lesbijki bardzo często zakochują się w swoich nauczycielkach, tak jak narratorka, która z fascynacji wuefistką sama została wuefistką.

Przy powyższych zagadnieniach migną znane nazwiska (Magdalena Środa, Maria Janion, Joanna Kluzik-Rostkowska). Trafią się również niusy, którymi media żyły w roku 2009: o świńskiej grypie, końcu świata przepowiedzianym przez Majów na rok 2012, i że Watykan odsunął perspektywę piekła od niemowląt zmarłych bez chrztu.

Uff. Czy nie czujemy się jak po lekturze portalu kobiety-kobietom.pl z domieszką onetu.pl, wp.pl i „Wyborczej”? Gdzie „story”? Gdzie literatura?

W jaki sposób autorka z tej potwornej publicystyki czyni, w swoim pojęciu, literaturę? Jako polonistka (absolwentka UAM) jest w posiadaniu odpowiednich środków. Przede wszystkim stosuje systemową inwersję polegającą na wyrzucaniu czasownika na koniec zdania. Trzyma się tego szyku od pierwszego do ostatniego słowa. Powstaje wrażenie czegoś staropolskiego, sienkiewiczowskiego, a dodatkowo swoiście naiwnego jak malarstwo Nikifora, przez co swojskiego jak kiełbasa. Niestety w miarę czytania ta pseudołacińska przestawność coraz bardziej irytuje. Do tego dochodzi wspomniane już nadużycie zdrobnień i spieszczeń: o swojej partnerce Miłce (nie Ludmile) narratorka Dorotka (nie Dorota) mówi „homiczek”, „sarenka” itp. Innych deminutywów nie zliczyć. To nużące na dłuższą metę babskie gaworzenie świetnie koreluje z posiadaniem przez panie dwóch córeczek w wieku przedszkolnym, którym trzeba od czasu do czasu coś roztłumaczyć językiem adekwatnym do ich wieku. Autorka zapewne uległa nawykom nabytym we współpracy ze „Świerszczykiem” (tym dla dzieci, of course).

Cały tekst jest jak film nakręcony jednym ujęciem – pierwszoosobową logoreą Dorotki, siłą rzeczy pozbawioną dialogów; tam, gdzie to naprawdę nieuniknione, pojawiają się nieliczne kikuty dialogu bardziej wspominanego przez narratorkę niż faktycznie mającego miejsce.

Zjawiskiem osobnym – i najciekawszym – jest stosowana miejscami stylizacja biblijna. Podjęte kilka razy wycieczki biblijne wydają się próbą rozbrojenia teologicznej bomby – Księgi, która, choć prastara, wciąż wpędza osoby homoseksualne w stan opresji. Ale gdy autorka pojedzie parafrazą „Pieśni nad Pieśniami”, to robi się z tego najlepszy fragment książki:

O jakże piekna jesteś, przyjaciółko moja, jakże piekna! Oczy twe jak gołębice za zasłoną twoją. (...) Oczarowałaś me serce, siostro ma, oblubienico, oczarowałaś me serce jednym spojrzeniem twych oczu. Plecy twe wygięte beztroską, namaszczone orientalnymi olejkami Hypnôse Lancôme. Twoja szyja egzotyczna, otulona delikatną wonią piżma Euphoria Calvin Klein. Piersi twe, siostro, rozchylają się sekretną esencją o aromacie ambry Voile d’Ambre Yves Rocher, a stopy tchną limitowaną wersją zmysłowego zapachu Amarige Givenchy, zmieszaną z wonią kwiatów mimozy. Łono twoje, oblubienico ma, wzbogacono orientalną, kadzidlaną nutą zapachową Allure Sensuelle Chanel.

Babska teologia Staniszewskiej nie jest wyszukana, nie stanowi też rewolucyjnej propozycji w „dyskursie feministycznym”. U wczesnej Przemykowej Bóg jeszcze „chłopem był” i babę tylko „zesłał”. W lesbijskim niebie Staniszewskiej Bóg już chłopem nie jest, bo sam zamienił się w Babę: „Panią na wysokościach”, „wielką tłustą Matkę zjadającą swoje dzieci”, „Garncarkę świata” – Stworzycielkę lepiącą ludzi z gliny i śliny. Jeśli ktoś jest tak dalece „uwikłany w płeć”, że ma dla niego znaczenie płeć transcendencji – proszę bardzo.

Na szczęście nie ma tego przeinwertowanego, co by na prostą nie wyszło. Dzięki „Mojej les” mamy wreszcie lesbijski Poznań. Geje swój Poznań gejowski dostali wraz ze Śmiercią w darkroomie” Pasewicza, teraz nastała równość, która jest przecież ważniejsza niż tlen do oddychania. Nasze panie mogą więc sobie połazić śladami bohaterek Staniszewskiej po Cytadeli, Starym Rynku, Placu Wolności, Dworcu Zachodnim, Malcie, Głogowskiej, koło Arsenału i Akademii Ekonomicznej (korekta nie zmieniła nazwy na obowiązującą obecnie: Uniwersytet Ekonomiczny), po Lasku Marcelińskim i Łęgach Nadwarciańskich, a nawet wybrać się do schroniska dla bezdomnych im. Brata Alberta na Naramowicach oraz do Puszczykowa.

Zofia Staniszewska, Moja les, Prószyński - S-ka, Warszawa 2010

Od ponad dziesięciu lat dostarczamy Wam filmy i zabawki erotyczne, które zadowolą każdego.

Kontakt

  •  

    Adres: 60-857 Poznań
    Mylna 32/34A lok.2

  •  

    E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

  •  
    Tel.: +48-61-8427470
    Tel. kom.: +48-602-243891
Top
Ta strona używa plików Cookies. Proszę zapoznać się z celem ich używania i możliwościami zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Polityka prywatności. More details…