0
Łącznie : 0,00 zł
Twój koszyk jest pusty!
aktualizuj

Paradoks Leibniza

E-mail
Cena:
17,00 zł
Cena / COM_VIRTUEMART_UNIT_SYMBOL_:
Numer artykułu: KS-42
W Magazynie
Share:

Takim stylem i na taki temat może w Polsce pisać tylko jeden człowiek. Alexander pisany przez „x“ Brajdak (pseudonim) – zgodnie z informacją na skrzydełku okładki: prawnik „mieszkający gdzieś w południowo-zachodniej Polsce“, początkowo autor opowiadań, w tym skrzącej się dowcipem wersji życia Jezusa, polemizującej z Biblią z pozycji libertynizmu i logiki, a przy tym gejowskiej, co może najmniej odkrywcze – poruszając się nadal w poetyce humoreski poszedł właśnie w tym kierunku – jak to określa, eschatologicznym: po „Krwawej epifanii, czyli ostatnim walcu kulawego egzorcysty, czyli lepiej żyć niż nie żyć“ mamy „Paradoks Leibniza“, a Brajdak zapowiada trzecią książkę, o spisku masonów przeciwko papieżowi. Wszystkie te dziełka (trudno je nazywać powieściami, autor w zasadzie powinien nadal wyżywać się w opowiadaniach, gdyż jego pisarskie płuca nie mają pojemności epickiej) są prowadzoną metodycznie rozprawą z katolicyzmem, który autora po prostu irytuje. Cienka fabułka jest tylko pretekstem do przeforsowania prywatnej egzegezy, tak jednak dogłębnej i błyskotliwej, że wiele wniosków Brajdaka dałoby do myślenia uznanym biblistom. A wszystko to wciąż w duchu bardzo gejowskim, choć tylko z epizodycznym gejostwem w akcji. Odnosi się wrażenie, że homoseksualizm, jako pewna oczywistość, sam w sobie nigdy nie stanie się dla autora tematem wystarczającym. Jest on raczej opcją światopoglądową, z której tryska źródło niepowtarzalnej Brajdakowej ironii i humoru.

W „Paradoksie Leibniza“ Brajdak polemizuje z Chrystusem, a właściwie nie tyle z Nim samym, ile ze zbudowanym na bazie Jego nauk koszmarnym gmachem ortodoksyjnego Kościoła. Funkcję porte-parole pełni Peter van der Weert, dyrektor Instytutu ds. Walki z Fanatyzmem Religijnym, mieszczącego się gdzież by indziej, jak nie w najliberalniejszym państwie świata i Mekce gejów – Holandii... Brajdak nie chce być zaszufladkowany jako z gejostwem mający wspólnego więcej niż przeciętny literat, dlatego explicite pojawia się ono tylko na zasadzie momentów, jednak czytelnik-gej nieustannie czuje jego zalegający nad książką opar. Olśniewający intelekt i niezwykła łatwość pióra każą wróżyć autorowi karierę, choć zapewne w tym kraju nie będzie się ona równać uwielbieniu ze strony mas.

 

PARADOKS LEIBNIZA

fragmenty

 

Peter van der Weert nie kłamał, kiedy mówił, że wierzy w Chrystusa. Był przekonany, że Chrystus żyje i jest Bogiem. Nie wątpił, że czeka na ostatniego sprawiedliwego, żeby zamknąć bramę do królestwa niebieskiego, a wszystkich, którzy nie wejdą i nie schronią się w środku, anihilować.

Peter nie mógł na to pozwolić.

I uwierzcie mi: nie miało to nic wspólnego z Myszką Miki ani z pokemonami.

Królestwo Holandii to kraj opętany ideą tolerancji. Peter też wierzył, że tolerancja to dobra rzecz.

Nikogo nie potępiał tylko dlatego, że ten postępował źle. Oczywiście nie oznacza to, że akceptował wszystkie zachowania. Nieprzekraczalną granicą była szkoda. Dopóki swoim zachowaniem nie wyrządziło się komuś szkody, można było robić wszystko. Szkoda musiała być wymierna – a to strata majątkowa, a to uszczerbek na zdrowiu. Łzy się nie liczyły.

Peter był bardzo tolerancyjny. Nie budzili w nim obrzydzenia homoseksualiści, sodomici i inni zboczeńcy. Dlaczego? Nikomu nie szkodzili. Peter miał nawet dla nich trochę sympatii.

Peterowi nie podobali się za to tacy ludzie, którzy akurat nie byli specjalnie tolerancyjni i nie podskakiwali z radości widząc homoseksualistów, sodomitów i innych zboczeńców. Nawet jeśli oprócz tego byli bogami.

Na przykład Jezus Chrystus.

A oto jak pedofilia, sodomia i nekrofilia uzyskały społeczną aprobatę:

Okazało się, że zboczeńcy nikogo nie krzywdzą, bo ich ofiary nie wyraziły sprzeciwu na praktyki seksualne. Dzieci, zwierzęta i zmarli – wszyscy oni powinni byli wyraźnie oświadczyć przed obcowaniem, że się na takie obcowanie nie zgadzają. Przy czym takie oświadczenia dzieci były z góry nieważne, bo dzieci nie mają zdolności do czynności prawnych.

Kto nie mówi: „Nie“, mówi: „Tak“. Qui tacet, consentire videtur. W ten sposób okazało się, że dzieci, zwierzęta i zmarli tak naprawdę zgadzali się na wszeteczne obcowanie!

Peter zatem uważał, że każdy ma prawo żyć tak jak chce. I uważał jeszcze, że nikt nie może narzucać innym, jak należy postępować. Chyba że, co już wiadomo, ktoś swoim zachowaniem wyrządzał innemu szkodę.

Nie można narzucać innym, jak należy postępować, nawet jeśli jest się Bogiem.

 

(...)

Van der Weert mógł sobie prześladować kogo tylko chciał. Wystarczyło, że podejrzewał kogoś o fanatyzm religijny. Fanatycy nie byli mile widziani w Holandii. Było tak dlatego, że w Holandii od wieków znajdowali schronienie ludzie prześladowani z powodów religijnych. Trafiali tam sekciarze z całej Europy. Na miejscu mogli się wymordować, co było dosyć kuszącą perspektywą, zwłaszcza dla niektórych, albo spróbować jakoś się pogodzić. Spróbowali. W efekcie Holnadia stała się bardzo tolerancyjnym krajem.

Nie było tam miejsca dla religijnych frustratów.

A oto kto jest religijnym frustratem.

Religijnym frustratem  jest każdy, kto prawdziwie wierzy w Boga i wypełnia Jego wolę.

 

(...)

The Moonbrake zdobyli popularność przebojem Chrystus cię zgwałcił. Piosenka była o tym, jak pewnej narkotycznej nocy Chrystus zawładnął całym zespołem, wszystkimi muzykami razem i każdym z osobna, co akurat niekoniecznie był wtedy zgodne z ich wolą.

The Moonbrake śpiewali wyłącznie psalmy, w stylu sexy tekkno. Z tym że niektóre psalmy nie były oryginalnym psalmami. Zespół sam je wymyślił. Ich vocal – Ricky Contiki – na przemian zawodził jękliwie lub pokrzykiwał, jak bardzo kocha Boga i Świętą Panienkę.

The Moonbrake byli topowi, wszyscy ich słuchali i wszyscy śpiewali ich piosenki.

Prawdę mowiąc, The Moonbrake mieli bliżej do programu „Jezus – Che Guevara starożytności“ niż do Biblii, i pewnie tylko dlatego zdobyli taką popularność.

 

(...)

Woliński i van der Weert nagle przytulili się do siebie i zamknęli oczy.

Trwali tak dobre dziesięć minut, aż poczuli się nieswojo. Było to wszystko jakieś gejowskie.

Nie wyparowali. Nie było apokalipsy ognia.

Wreszcie Woliński odkleił się od Petera. (...) Obaj mieli wrażenie, że właśnie zaszło między nimi coś niezwykłego, i próbowali to za wszelką cenę ukryć. Poczuli przez chwilę jakąś bliskość, co było teraz bardzo krępujące. Każdy wziął się intensywnie za wykonanie jakiejś czynności, wszystko po to, by ukryć zmieszanie. Peter podniósł telefon i naciskał klawisze, a Woliński z braku lepszego zajęcia najpierw otworzył, a potem zamknął okno w samochodzie.

Pierwszy nie wytrzymał Peter.

– To nie ma żadnego znaczenia... Chcesz o tym porozmawiać?

– A ty?

– Właściwie to nie ma o czym mówić...

– Dokładnie tak. Nic się przecież nie stało.

A jednak stało się.

 

(...)

Księciem libertynów na zachodnią Europę był Marinus Ooijer. Bractwo libertynów przyjmowało w swoje szeregi samych zdegenerowanych bogatych bydlaków – byli to tylko mężczyźni. Żadnych kobiet. (Nie łudźcie się! Nie oznacza to wcale, że kobiety są święte! Wśród mężczyzn jest przynajmniej jeden sprawiedliwy na tysiąc, a wśród kobiet? Żadnej.)

Libertyni od dawna próbowali pozyskać dla siebie i swojej sprawy Petera van der Weerta. Dlaczego tak było? Należy sobie uświadomić, kim naprawdę był van der Weert.

Na całym świecie był tylko jeden Instytut ds. Walki z Fanatyzmem Religijnym i był tylko jeden szef takiego Instytutu. Tym  jednym, jedynym szefem był właśnie Peter van der Weert. Zasadniczo Instytut był wewnętrznym organizmem holenderskim – Holandia była najbardziej postępowym państwem na świecie i tylko w Holandii można było wymyślić coś takiego, jak Instytut ds. Walki z Fanatyzmem Religijnym. Nikt inny nie powołał podobnej organizacji i w efekcie Instytut chcąc nie chcąc stał się biczem całego świata na religijnych frustratów. Autorytet i znaczenie Instytutu były takie, że gdyby Peter zechciał rozwalić w pył jakieś miasto w dowolnym zakątku Ziemi, pod pozorem walki z fanatyzmem religijnym, nikt nawet nie pogroziłby mu palcem.

Wszyscy uważali, że fanatyzm religijny był najgorszą rzeczą, jaka mogła spotkać cywilizowany świat, no i jak na złość spotkała.

 

(...)

Pornografia to pomysł libertynów. Jak wszystko, co wymyślili, służy ostatecznemu splugawieniu Ziemian.

Zachłyśnięcie pornografią jest bardzo niebezpieczne. Dzieje się tak dlatego, że pornografia, w pewnym sensie, jest jak bagno. Jeśli ktoś się zanurzy, to bardzo trudno jest mu się później wydostać. A nawet jeśli uda mu się wydostać, to już nigdy nie zmyje z siebie całego plugastwa, które obłazi jak trąd. W głowie zostanie pornograficzne piętno i będzie o sobie dawało znać.

 

PORNOGRAFIA JAK KOMUNIŚCI

Pornografia jest zdradziecka. Mami słodki i soczystymi owocami, ale daje tylko zgnite i robaczliwe. Kusi przyjemnościami, których nie ma. Wszystko sto razy wyolbrzymione, nieprawdziwe.

Obietnice nie do spełnienia, upokorzenia i łzy.

 

PORNOGRAFIA I PRZESUNIĘCIE GRANIC TOLERANCJI

Wszystkie rzeczy, które na początku są obmierzłe, z czasem stają się zwyczajne, a jeszcze dalej pożądane.

 

PRAWDZIWE OBLICZE

Oszukuje. Wszystko, co oferuje, to nieprawda. W rzeczywistości wcale nie jest tak, jak to przedstawia. Nigdy tak nie było. Złoty blask to wyschnięte błoto. Wszystko kłamstwo. Nieprawda, nieprawda, nieprawda!

Prowadzi za rękę dalej i dalej, prosto do Otchłani.

 

Tam chcą cię widzieć libertyni – prawdziwi słudzy Szatana.

 

Alexander Brajdak, Paradoks Leibniza, czyli do zobaczenia w piekle!, superNOWA, Warszawa 2004

Od ponad dziesięciu lat dostarczamy Wam filmy i zabawki erotyczne, które zadowolą każdego.

Kontakt

  •  

    Adres: 60-857 Poznań
    Mylna 32/34A lok.2

  •  

    E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

  •  
    Tel.: +48-61-8427470
    Tel. kom.: +48-602-243891
Top
Ta strona używa plików Cookies. Proszę zapoznać się z celem ich używania i możliwościami zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Polityka prywatności. More details…