0
Łącznie : 0,00 zł
Twój koszyk jest pusty!
aktualizuj

Siedem szklanek

E-mail
Cena:
22,00 zł
Cena / COM_VIRTUEMART_UNIT_SYMBOL_:
Numer artykułu: KS-22
W Magazynie
Share:

Magdalena Zych, jak głosi notka na okładce, rok temu przekroczyła wiek balzakowski i jest kobietą sukcesu. Absolwentka lingwistyki stosowanej i anglistyki, właścicielka firmy, w której jest jednocześnie menedżerką, graficzką i sekretarką, a przy tym, co może najistotniejsze, warszawianka, znajduje czas na hobby tak nietypowe dla kobiet, jak wspinaczka skałkowa, jest kinomanką, osobą oczytaną i – co wynika już z książki – osłuchaną w muzyce (a nie mniej w tekstach) masy wykonawców: od The Cure przez Björk po Smashing Pumpkins. Jest niczym ukochana córunia macochy z Ewy Szelburg-Zarembiny wersji bajki o Kopciuszku: nieszpetna (sądząc ze zdjęcia z okładki), niebiedna, obrotna (własna firma w stolicy) i wygadana.

Tej ostatniej cechy brawurowo dowodzi zgrabna, skrząca się inteligentnym humorem książeczka (drobiazg na jeden wieczór, przez nowomodną genologię „powieścią” zwany), dająca wyobrażenie, jakim skarbem musi być autorka podczas imprez domowych i klubowych, za którymi przepada zapewne nie mniej niż jej bohaterowie, w taki zasadniczo sposób spędzający każdą wolną chwilę. Wyjąwszy chwile poświęcane na wspinaczkę. Towarzyskie umizgi i drobne szyderstwa, biczyki ironii i narcystyczne autokreacje niemal w całości zapełniają skoczne dialogi tego na dialogach opartego obrazka z życia uniwersytecko-biznesowych sfer młodowarszawskich i przypuszczalnie tylko te sfery książka Zychówny (o mężu w notce ani słowa) zainteresuje naprawdę. Nieważne, że jej głównym tematem jest apologia teorii queer poprzez jej obiektywizację w sytuacjach codziennych – wiadomo, że poza Warszawą życie gejowskie, a tym bardziej queerowe, nie istnieje.

Osobniki w rodzaju Emila – jakowegoś transowo-dragqueenowatego biseksa ze skłonnością do makijażu i babskich ciuchów, zdolnego wszakże w równym stopniu zaspokoić i żonatego heteryka Marcina, i następnie jego żonę Ewę, i „typowe” omdlewające gejątko Pawełka, i wreszcie „normalsa” Kubę, dochodzącego stopniowo do wniosku, że jego heteroseksualizm jest bardziej teoretycznym konstruktem wypływającym z ciśnienia normy społecznej i – jakkolwiek porzuconego już w dzieciństwie – katolicyzmu niż kluczem do realnej przyjemności; niebiednego pracownika agencji reklamowej przygotowującej lukratywne kampanie, którego stać na stosunkowo wystawne życie w stolycy; artysty malarza i wyrafinowanego smakosza sztuk wszelakich, co rusz coś wtrącającego niepokalaną francuszczyzną, wyrastającego intelektualnie ponad dowolne towarzystwo jako i ponad płciowość i wszelkie schematy tworzone przez umysły mniej lotne; owóż osobniki w rodzaju Emila, odruchowo kojarzącego się z warszawsko-uniwersytecko-paradorównościową Jej Perfekcyjnością, przy całej swojej wyjątkowości, a może właśnie przez nią, nie byłyby zdolne do przetrwania w warunkach dzikiej polskiej przyrody, np. w Woli Sernickiej koło Lubartowa. Zostałyby natychmiast zagryzione przez lokalną zwierzynę, tak jak puszczona wolno kolorowa papuga jest szybko dopadana i zadziobywana przez stado jednostajnie czarnych wron. Takie rzadkie gatunki, do jakich należy Emil, mogą żyć tylko w ścisłym rezerwacie zwanym Warszawą. A nawet tam ich życie nie jest do końca zabezpieczone, bo przecież i w Warszawie są parki, w parkach ławki, a na ławkach grupki podpitych dresów, którzy czasem bywają syci i ograniczą się do pokrzykiwań i wyzwisk (jak w sytuacji opisanej przez Zych), ale bywają też głodni, a wtedy po prostu rozszarpują ofiarę. Gdy już do tego dojdzie, rezerwat Warszawa ma jeszcze tę przewagę nad dziczą, że w rezerwacie krócej się czeka na przyjazd karetki pogotowia (ewnentualność rozważana przez Emila).

Autorka lubi pisać o tym, na czym się zna. Zatrudnia więc Emila w agencji reklamowej, zapewne wzorowanej na jej własnej firmie, drugiego zaś głównego protagonistę, Kubę, czyni studentem anglistyki, którą skończyła sama. Dzięki temu dobrze wie, jaki jest program studiów, jakie lektury Kuba musi przeczytać, i nikt jej nie zarzuci błędów rzeczowych. Jako queerystka nosi męskość w sobie i odważnie potrafi ją przeciwstawić męskości dla siebie. Nie ma w jej książce mężczyzn laboratoryjnie czystych, stuprocentowych heteryków – są tylko źle podrywani biseksualiści. Ponieważ nie wiadomo, ile procent heteryka jest w heteryku, nigdy też nie wiadomo, czy dostaniesz w mordę, czy po mordzie. W teorii queer wszystko płynie, w gruzy wali się podmurowywany dziesięcioleciami przez badaczy z całego świata klarowny, zaciszny, ciepły i przytulny system dwóch płci i trzech orientacji seksualnych, z jednym prostym, łatwym do wyjaśnienia i zapamiętania wyjątkiem od reguły: czystym chemicznie transseksualizmem, który był sprawą dla chirurga, a nie dla psychologów, socjologów, literaturoznawców, pisarzy, malarzy i piosenkarzy. Tym to ideowym chlebem żywił się cały światowy ruch LGBT najpóźniej od Stonewall (1969) aż po przełom wieków, kiedy to umysłami „pedałoznawców” w USA i Europie zawładnęła wizjonerka Judith Butler.

Centralną postacią teorii queer – i książki Magdaleny Zych – jest istota niemieszcząca się w wyżej opisanym systemie, wieloaspektowo wykraczająca poza wyznaczane przezeń kategorie, wyrastająca zatem ponad czteroprzegródkową populację LGBT i mająca ją – jak właśnie Zychowy Emil – w bezbrzeżnej pogardzie. Tu konieczny okazuje się dłuższy cytat:

– LGBT, myślałby kto – zaczyna Emil pogardliwie, z uśmiechem. Teraz już chyba wszyscy widzą, jak się wkurzył. – Ta ich żałosna branża! Oni się zachowują jak dzieci, nic tylko sypią sobie nawzajem piaskiem w oczy i walą się po głowach łopatkami. Te ich żenujące anonse, te obślizgłe darkroomy i te zawrotne kariery, bo się któryś wziął i wykamingautował. Też mi osiągnięcie. Ja, moi drodzy, również powinienem trafić na Pudelka, i to już w wieku pięciu lat, kiedy powiedziałem tacie, że Wojtuś ze starszaków zostanie moim mężem. – Teraz już sam się nakręca, bo nikomu nawet nie przychodzi do głowy polemika. – Solidarność! Dobre sobie. Lesbijki się obrażają, jeśli użyć wobec nich określenia „gej”. Mówię tu o aktywistkach i różnych ciotkach rewolucji, a nie o was, kochane. Biseksualiści są traktowani jak zdrajcy, wyrzutki i tchórze, transseksualiści to wybryki natury, o transwestytach lepiej nie wspominać. Nawet nie mają swojej szufladki. Zamiata się ich elegancko pod dywan. Zresztą oni sami najlepiej się tam czują, z miotełką i w jedwabnej bluzce żony. Ja sobie za bardzo cenię niezależność, żebym miał chodzić na jakieś ich parady, z tymi wszystkimi Poniedziałkami, Biedronkami czy innymi Nieboraczkami. Żeby mi potem któryś ważny pan gej zadzierał nosa i wyrażał do kamery swoje ubolewanie, iż źle się dzieje, że parady są zbyt kolorowe, bo ludzie mogą nabrać mylnego wyobrażenia o nim i o jego chłopaku. Bo oni są normalnymi, porządnymi pedałami, a przy tym Prawdziwymi Polakami, a nie jakimiś homo-niewiadomo z piórkiem na kuprze. Ja nie zamierzam na paradzie udawać, że jestem taki jak oni, tak samo, jak nie wmawiam heterykom, że jestem jednym z nich. Więc jeśli przyjdzie mi ochota, żeby założyć sukienkę i przejść się Marszałkowską, to zrobię to we własnym zakresie.

Czy ktoś się czuje obrażony tą perorą? Może ty, „normalny, porządny pedale”, który w normalnym pedalskim pisemku lub na normalnym pedalskim portalu choć raz zamieściłeś lub odpowiedziałeś na „żenujący anons”? Który jakoś nie brzydzisz się pójść czasem do „obślizgłego darkroomu”, bo odnosisz z tego jakąś WYMACALNĄ korzyść, podczas gdy uczestnictwo w „zbyt kolorowej” paradzie takiej namacalnej, porównywalnej z tamtą korzyści jakoś ci nie gwarantuje? Który z niezrozumiałych dla Nadistoty powodów cieszysz się z coming outu Poniedziałka i Raczka, a nawet Biedroń wydaje ci się w jakimś stopniu potrzebny? Który już tyle razy sparzyłeś się na biseksach, bo tylko łudzą nawiązaniem stałej więzi, kłamią, że kochają, a w rzeczywistości chodzi im tylko o seks, bo życie emocjonalne mają już ustabilizowane u boku swoich żon? Który uważasz się za najnormalniejszego pod każdym względem mężczyznę, tym tylko różniącego się od milionów facetów potocznie uważanych za hetero, że wolisz uprawiać seks z płcią własną, i który w związku z tym nie czuje żadnej więzi ani zanadto nie pojmuje zjawisk typu transwestytyzm czy też święcąca obecnie triumfy queerowa pozapłciowość?

Teoria queer opanowała katedry uniwersyteckie całego świata, przelała się do szerokiej publicystyki (za sprawą Piotra Pacewicza na usługach tej teorii pozostaje „Gazeta Wyborcza”), i powoli wyznacza jedyny styl myślenia o tzw. nieheteronormatywnych postaciach psychoseksualności. Nie tylko legitymizuje ona istnienie różnorakich hybrydalnych „dziwolągów” (typu „mężczyzna” bez biustu, ale z waginą), ale, śmiem twierdzić, niejako powołuje takie twory do istnienia. Ośmieleni triumfalnym pochodem teorii queer przez katedry i łamy świata, ludzie, którzy za dwupłciowego i trójorientacyjnego ancien régime’ubyliby „normalnymi pedałami”, zaczynają się uważać za coś znacznie lepszego, nieporównanie bardziej wyrafinowanego, überseksualnego, nieledwie nadludzkiego, i żądają dla siebie jednoosobowych, pięciogwiazdkowych nisz ekologicznych, panosząc się przy tym nieznośnie na różnych prosceniach, w ostrym świetle jupiterów. Współtworzą lub są beneficjentami nieomal specjalnie dla nich istniejących jaczejek nowego ładu kulturowego, w rodzaju Krytyki Politycznej, oficyny ha-art! czy radia TOK FM.

Queerowy bohater Emil żąda dla siebie supremacji i jest nią obdarzany, przynajmniej przez autorkę, która oświetla go jednoznacznie pozytywnie, koncentrując wokół niego akcję, a z wszystkich pozostałych postaci czyniąc zarażonych jego perwersyjnym czarem akolitów. Ten model nowej generacji zachowuje niektóre zalety starych dobrych drag queens z pokolenia „Priscilli królowej pustyni”, które potrafiły porządnie przywalić z piąchy. W każdym razie powiastka filozoficzna Magdaleny Zych, przy całym swym lubiewsko-żurawieckim rozchichotaniu, jest nieprzesadnie smacznym i nie dla każdego zrozumiałym hołdem złożonym cyborgom płciowości obecnej i zapewne także przyszłej doby.

Jak powiedziano, dziełko znajdzie admiratorów przede wszystkim wśród rówieśnych autorce nieheteronormatywnych lub heteronormatywność kontestujących warszawiaków, którzy w bohaterach z ukontentowaniem ujrzą siebie, kumpli i kumpele. Geje starej daty, głównie dawni działacze, być może sięgną dla wkurwu lub ostatecznego utwierdzenia się w przekonaniu, że ich epoka definitywnie się skończyła, a hierarchie, klasyfikacje i wartości, w które wierzyli i którymi orężni walczyli o lepsze jutro dla pokolenia Magdaleny Zych, pokolenie to ma głęboko w swoich zmutowanych transwaginach.

Pomijając różnorodność odczuć, jakie mogą towarzyszyć lekturze, niepodważalnym pozostaje podziw dla narracyjnego i językowego wyrobienia debiutantki. Należy sobie życzyć, by uraczyła nas w przyszłości czymś gatunkowo cięższym i niekoniecznie aż tak gettowym.

PS Nie udało nam się dociec symboliki tytułu, wywiedzionego (motto) z „Akademii Pana Kleksa” Jana Brzechwy.

 

_____________

Magdalena Zych, Siedem szklanek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Od ponad dziesięciu lat dostarczamy Wam filmy i zabawki erotyczne, które zadowolą każdego.

Kontakt

  •  

    Adres: 60-857 Poznań
    Mylna 32/34A lok.2

  •  

    E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

  •  
    Tel.: +48-61-8427470
    Tel. kom.: +48-602-243891
Top
Ta strona używa plików Cookies. Proszę zapoznać się z celem ich używania i możliwościami zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Polityka prywatności. More details…