Opis:
Mistrzowie kina nawet w małej prozie potrafią dostrzec zaczyn wielkiego filmu. Opowiadanko Annie Proulx rozbudowano na ekranie do rozmiarów genialnej ponaddwugodzinnej „Tajemnicy Brokeback Mountain” i dopiero dzięki tej adaptacji autorka zyskała światową sławę. Nieprzekraczający objętością dłuższej nowelki pozytywistycznej, należący do gejowskiej klasyki „Samotny mężczyzna” (A Single Man, 1964) Christophera Isherwooda stał się podstawą udanego pełnometrażowego filmu, który odświeży, także w Polsce, pamięć o jednym z najważniejszych gejowskich pisarzy, który piórem i nie-piórem angażował się w budowanie zrębów zorganizowanego życia gejów oraz ruchu na rzecz walki o ich równoprawną widoczność w społeczeństwie. Zauroczeni delikatnym, powściągliwym, dobrze zagranym filmem możemy wrócić do kanwy, wznowionej z tej okazji przez Świat Książki.
Isherwood, który wiódł urozmaicone „związkowe” i „pozazwiązkowe” gejowskie życie w rodzinnej Anglii, przedhitlerowskim Berlinie i USA, dokąd wyemigrował na stałe w 1939 razem z przyjacielem ze studiów w Cambridge, W. Audenem, celował w pokazywaniu jego mniej tęczowych stron. A Single Man, wydany w twardej albumowej oprawie przez wydawnictwo TenTen w roku 1993 pod tytułem „Samotność”, to studium tego, co w naszej egzystencji najmniej godne pozazdroszczenia: właśnie owej samotności starego pedała, dodatkowo, tak jak u George'a, wykładowcy literatury angielskiej na uniwersytecie w Los Angeles, zdominowanej żalem po stracie młodszego przyjaciela Jima, który zginął tragicznie pod kołami ciężarówki.
Samotne życie George'a wypełniają wykłady, podczas których odnosi on wrażenie, że studenci mają w dupie i Huxleya, i tego, który o nim opowiada; spotkania z przyjaciółką Charley, 45-letnią rozwiedzioną alkoholiczką, która jeszcze za życia Jima łagodziła między nimi konflikty i która na dobrą sprawę chętnie związałaby się z George'em, gdyby ten był hetero; wreszcie tęskne popatrywania na owłosione klaty studentów, wyłaniające się spod rozpiętych koszul, na tenisistów grających w obcisłych sportowych spodenkach, na dobrze zbudowanych mężczyzn trenujących w dresach na siłowni (w klasycznym przekładzie Jana Zielińskiego gym jest jeszcze „salą gimnastyczną”), na których tle jego zdeformowane starzejące się ciało wygląda żałośnie, nie na tyle jednak, by George odmówił sobie noszenia na siłce jockstrapów (u Zielińskiego są to „suspensory”), tak w 1962 (roku akcji utworu), jak i dziś najbardziej gejowskich slipów świata.
Cichy dramat samotnego George'a rozgrywa się na rok przed tym jak na zboczach Brokeback Mountain zakochają się w sobie Jack i Ennis. W Ameryce jeszcze straszą demony maccarthyzmu, antykomunistyczno-antypedalskiej ideologii, która zdominowała poprzednią dekadę, a do rebelii Stonewall, momentu zwrotnego w dziejach gejów całego świata, pozostaje jeszcze siedem lat. Nie jest bezpiecznie się ujawniać, dlatego i George nie wychodzi poza mgliste aluzje, dotyczące opresjonowanych mniejszości, podczas swoich wykładów oraz w rozmowie ze studentem Kennym, który, chociaż hetero, wydaje się jedynym wyczuwającym i rozumiejącym problem swojego profesora. W fascynacji George'a młodym studentem Isherwood daje świadectwo własnego upodobania do sporo młodszych chłopców. Jeden z takich chłopców, 18-letni Don Bachardy, stał się w 1953 (a więc gdy pisarz dobijał pięćdziesiątki) jego wieloletnim stałym partnerem.
George nie czuje się komfortowo także z sąsiadami, państwem Strunk, choć bowiem ona stara się być miła i nawet posuwa się do zaproszenia samotnego sąsiada „na kieliszeczek”, on niewątpliwie burczy: „Pedał!”. Co jest standardem także w Polsce pół wieku później.
Nad afabularną, lecz, jak się okazuje, nie mniej przez to filmową historią George'a nienachalnie unosi się jego żałoba, pamięć, tęsknota za Jimem. Nie sposób głębiej się przejąć tym dramatem pamiętając, że istnieje pewien bogato reprezentowany typ geja, który lubi szukać partnerów do związku albo choćby tylko do romansu lub seksu metodą wzbudzania współczucia informacją, że ich dotychczasowy partner (rzadko rzeczywisty, częściej wymyślony dla potrzeb podrywu) zginął śmiercią tragiczną, przeważnie w wypadku samochodowym. Poruszony taką historią podrywany facet ma w założeniu być bardziej troskliwy, opiekuńczy, w ogóle chętny do wypełnienia sobą pustki po zmarłym. Każdy z nas w swojej gejowskiej karierze spotkał przynajmniej kilku takich „wdowców”. Dlatego George'owi i jego współczesnym inkarnacjom należy raczej doradzić, by zamiast uchlewać się z gówniarzami po tawernach, a potem walić w łóżku konia na wspomnienie ich młodych ciałek; zamiast wysłuchiwać narzekań podpitej psiapsiółki i kontemplować przed lustrem postępy starzenia, wzięli się raczej do porządnego wyciskania na „sali gimnastycznej”.